Rano przyjezdza do mnie tata z jedzeniem swoim wozem technicznym i przez caly dzien bedzie mnie pilotowal az do samego Krakowa!!! Zjadam z rana bigosik przygotowany przez mame a potem zabieram sie za wymiane przerzutki. Obylo sie bez powazniejszych problemow i o 11 ruszamy do domu. Nie pada ale znow wieje ten nieznosny wiatr. W Piwnicznej chcemy odwiedzic wuja ale niestety nie bylo go w domu. Droga powrotna jest identyczna jak ta ktora 54 dni temu pokonywalem z Jola 23 lipca. Po 8 godzinach jazdy docieram do królewskiego i najpiekniejszego miasta na świecie. Radosc jest ogromna!!!Na rynku wita mnie Sławek, który wrecza mi szampana i swietujemy moj przyjazd. Podjezdzamy do Starego Portu gdzie czekali na mnie Hanka i Zizi !!!!! Dzięki Wam za przybycie!!! Dziekuje tez wszystkim , ktorzy trzmali kciuki za powodzenie wyprawy oraz wspierali mnie przez caly ten okres. Dziekuje mojej rodzince za pomoc na calej trasie!!!!!! W najblizszym czasie postaram sie poukladac to wszystko w jedna calosc i przygotowac jakas prezentacje. Jednak na razie musze troche wypoczac.Jeszcze raz WIELKIE DZIEKI i do NASTEPNEJ WYPRAWY. gdzie? jeszcze nie wiem :)
Tego dnia na szczescie nie pada ale za to wieje silny wiatr polnocno zachodni prosto w twarz. Ja ruszam w gore rzeki Topla aby po 70km dotrzec do miasta Bardejov , ktore zostalo wpisane na liste swiatowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Wiatr jednak marnuje i wysysa ze mnie sily i jazda staje sie meczaca. Mimo wszystko udaje mi sie dotrzec az do zrodel Topli na przelecz Obrucne. Tam zebraly sie ciemne chmury i szybko zaczalem zjezdzac w kierunku granicy slowacko -polskiej. Radosc na granicy byla ogromna . Celnicy stwierdzili ze jestem swir i ze mi sie chcialo tyle kilometrow przejechac. Uradowany ze jestem w Polsce ruszam w kierunku Muszyny. Po 2 km od granicy peka mi przerzutka i lamie mi 1 szpryche. Robi sie ciemno i zabieram sie za rozbieranie tego mechanizmu. Po chwili podjezdza gosc oplem omega kombi i oferuje mi swoja pomoc. Mowi ze mnie podwiezie za 20 minut tylko musi cos zawiezc. BArdzo sie ciesze bo inaczej musialbym skracac lancuch i jechac tylko na 1 biegu :) Nocuje tego dnia w muszynie zlockiem.
10 wrzesnia zostaje u wegierskiej rodzini i w zamian za nocleg i jedzenie zbieram winogrona z ich posesji. Nastepnego dnia pada ale decyduje sie na jazde aby dotrzec na Slowacje. Jade po plaskich terenach schladzany padajacym non stop deszczem dojezdzam do malej granicy slowacko ukrainskiej(dowiaduje sie o niej dzieki dwom niemcom , ktorych mijam po drodze). Po stronie slowackiej zaczyna sie totalna ulewa ale jak juz mam moknac to na calego. Ostatnie 40km kilometrow tego dnia przejezdzam w nocy i deszczu docierajac do miejscowosci Vranov nad Toplou. Nocleg znajduje w szkole sredniej.
Dzien , ktory zaczyna sie deszczowo i spedzam poranek w barze zamawiajac herbaty. Jednak sposob robienia herbaty jest tutaj ciekawy. Mianowicie gosc wlal mi do kubka ice tea i wlozyl do mikrofali :) Po 3 godzinach ruszam blotnista droga w kierunku rzeki Somes zeby przeprawic sie przez nia starym i zardzewialym promem a nastepnie kieruje sie w kierunku granicy rumunsko ukrainskiej. Jednak na jednym z przystankow robie dluzszy popas , bo deszcz nabiera ogromnej sily. Obserwuje ruch samochodowy i zjadam prawie caly chleb. Na moich oczach urwalo sie kolo w 20 letniej Dacii i rodzinka probowala ja naprawic jednak nie obylo sie bez pomocy drogowej. Trudno sie dziwic bo jesli sie przyjrzymy ile osob oni potrafi jechac w rumunskiej Dacii to jest to srednia liczba 7 !!! Pod koniec dnia na chwilkie sloneczko wychodzi. Okazuje sie ze nie moge przekroczyc granicy ukrainskiej na rowerze !!!! Mam jednak szczecie bo za mna stoi Volkswagen transporter i laduje moj rower na pake i w takim ukladzie moje przekroczenie jest mozliwe :) Za granica zagaduje pewna starsza Pania, ktora po dluszej rozmowie zgadza sie mnie przyjac i ugoscic u siebie. Mieszka sama z synem i jest to rodzina wegierska , ktora zyje od 30 lat w ukrainskich granicach. Jej syn o imieniu Zlatan exportem bez podatku :) Wieczorem zdradza mi pare tajemnic tego biznesu po wczesniejszym upewnieniu sie czy nie jestem z CIA albo z KGB :)
Ten dzien nie wrozy dobrej pogody ale ruszam wczesnie rano i przez 2 godziny nie pada. Zatrzymuje sie w wiejskim sklepie i przeczekuje te opady przez nastepne 2 godziny. Jazda praktycznie caly czas po plaskim terenie. Okolo godziny piatej docieram do pewnego miasteczka, ktore obchodzi chyba 600-lecie i z tej okazji odbywa sie tam wielki festyn. Wstepuje tam i oczywiscie zamawiam sobie pyszne kielbaski mici, ktore wszedzie bardzo dobrze smakuja. Po kilku nastepnych kilometrach docieram do miasteczka Pomi , w ktorym dzieki milym ludziom udaje mi sie znalezc nocleg za darmo u Popa Buziora. Noc spedzam pod ogromna i ciepla pierzyną :)